Prawdziwa historia „złotej odysei”

dodał Rafał Tomkowicz
0 komentarzy

W 1939 roku Bank Polski dysponował zasobami złota o wartości ponad 460 mln. Sztaby ważyły łącznie 95 ton i zdeponowane były zagranicą (m.in. w sojuszniczych Francji i Zjednoczonych Królestwie) oraz w Warszawie. W lecie, gdy rosło zagrożenie rychłym wybuchem wojny z Niemcami, część kruszcu została przewieziona od oddziałów banku w innych miastach kraju. Gdy Wehrmacht przekroczył polskie granice, zapadła decyzja – złoto trzeba ewakuować. Rozpoczęła się eskapada, która zahaczyła o trzy kontynenty.

Jest 4 września 1939 roku, poniedziałek. Wojna obronna Polski trwa już czwartą dobę. Luftwaffe niszczy Sulejów, oddziały niemieckie zajmują Grudziądz, siły polskiej Armii „Modlin” ponoszą klęskę pod Mławą, zaś w Częstochowie i Sieradzu Wehrmacht morduje łącznie ok. 300 cywili. Dzień wcześniej do konfliktu przyłączają się po stronie RP także Francja i Wielka Brytania i ich kolonie – starcia polsko-niemieckie przeobrażają się w wojnę światową, która jednak aż do wiosny 1940 roku będzie dla aliantów zachodnich wojną „dziwną” lub „siedzącą”.

Złoto należące do II RP było warte ponad 462 mln ówczesnych zł

W Warszawie rząd rozpoczyna przygotowania do ewakuacji ku wschodowi kraju. Wśród sanacyjnych polityków rośnie obawa, że zasoby złota mogą wpaść w ręce Niemców – armie Hitlera posuwają się do przodu w olbrzymim tempie, toteż zagrożenie wydaje się więcej niż realne. W tym czasie cały zapas złotego kruszcu, który wciąż pozostawał na terenie kraju, ważył 77 ton i był wart 87 mln dolarów. Dla nazistów był to więc łakomy kąsek – solidny zastrzyk dla gospodarki przestawionej na wojenne tory. Złoto przechowywano w Warszawie (193 mln zł) oraz w Siedlach (80 mln zł), Lublinie (ok. 20 mln zł) oraz Zamościu (30 mln zł) i Brześciu nad Bugiem (40 mln zł); resztę Bank Polski trzymał w depozytach zagranicznych.

Premier gen. Felicjan Sławoj-Składkowski (ten od programu poprawy higieny na wsi; od jego nazwiska na wychodek mówimy potocznie sławojka) polecił wywieźć złoto ze stolicy. Zadanie to otrzymali Ignacy Matuszewski (minister skarbu w latach 1929 – 31 z ramienia BBWR), Henryk Floyar-Rajchman (były minister przemysłu i handlu) oraz płk Adam Koc (lider Obozu Zjednoczenia Narodowego, sanacyjnej partii oskarżanej o tendencje antysemickie i profaszystowskie), który 11 września został mianowany wiceministem skarbu, aby łatwiej nadzorować akcję ratowania złota.

Akcja ratowania złota

Dwa autobusy należące do Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych najpierw wywiozły złoto warszawskie do Lublina. Transport ochraniali wyłącznie urzędnicy Banku Polskiego i straż bankowa. „Złota kolumna” nie zabawiła w Lublinie zbyt długo – dramatyczna sytuacja na froncie zmusiła Matuszewskiego do skierowania jej bardziej na wschód, najpierw do Łucka, a następnie do Dubnego, gdzie przewieziono też złoto z reszty kraju. Podróż na Wołyń była niezwykle trudna: szosy były pełne uchodźców, a niemieckie lotnictwo ostrzeliwało pozycje pojazdów banku, które zresztą stale się psuły. W tak dramatycznych warunkach, gdy klęska Polski (którą 17 września przypieczętują Sowieci) stawała się faktem, trzeba było odpowiedzieć na proste, ale niezwykle ważne pytanie: co dalej?

Rząd RP z prezydentem i Naczelnym Wodzem na czele miał ewakuować się do Rumunii i tam też postanowiono przewieźć złoto, jak również inne kosztowności, dzieła sztuki oraz środki zgromadzone w ramach Funduszu Obrony Narodowej. Rumunia, która wkrótce stanęła po stronie III Rzeszy, była podówczas neutralna i raczej przyjazna Polsce (oba państwa zawarły pakt wojskowy przeciwko ZSRR). Władze w Bukareszcie internowały rząd, ale umożliwiały żołnierzom Wojska Polskiego wyjazdy do Francji poprzez swoje terytorium. Zezwoliły również na tranzyt polskiego złota do portu w Konstancy, pod jednym wszakże warunkiem – kruszec i jego obrońcy mieli opuścić terytorium rumuńskie w ciągu 48 godzin. Transport przewieziono znad granicy do Konstancy pociągiem (opowiada o tym, ale w sposób daleki od kronikarskiej rzetelności, polsko-rumuński film w reżyserii Bohdana Poręby z 1986 roku). Ambasada niemiecka domagała się zatrzymania złota, ale bezskutecznie (naziści przejęli tylko kilka skrzyń, które w 1947 roku trafiły w ręce polskich komunistów). Kruszec wwieziono do Rumunii 13 września, a już dwa dni później opuścił ją drogą morską – Polacy wypełnili więc zalecenia rządu w Bukareszcie.

Z Rumunii złoto Banku Polskiego trafiło do Turcji, a konkretnie do Stambułu. Tam znów załadowano je na pociąg i przewieziono do Bejrutu, gdzie cumował krążownik francuskiej Marine Nationale. Na jego pokładzie ponad 1200 skrzyń ze złotymi sztabkami przetransportowano do portu w Tulonie, a następnie do Nevers, gdzie złożono je w gmachu Banku Francji. Polskie złoto zawitało nad Loarą 5 października 1939 roku; następnego dnia pod Kockiem skapituluje SGO „Polesie” gen. Kleeberga i końca dobiegnie kampania wrześniowa. Ewakuacja złota zajęła więc cały miesiąc, ale była koronkową robotą Matuszewskiego i Floyar-Rachjmana (rząd Sikorskiego oskarżył ich o nadużycia), którym wsparcia udzielili polscy dyplomaci w Rumunii i Turcji.

We Francji złoto Banku Polskiego pozostawało w gestii rządu na uchodźstwie gen. Władysława Sikorskiego. Czy to był koniec jego burzliwych losów? Wręcz przeciwnie.

W czerwcu 1940 roku Francja stanęła przed obliczem nieuchronnej klęski wobec nazistowskich Niemiec. Brytyjski Korpus Ekspedycyjny ewakuował się z Dunkierki, a marszałek Petain (bohater I wojny światowej) szykował się do podpisania rozejmu z Hitlerem i utworzenia kolaboracyjnego Państwa Francuskiego ze stolicą w Vichy.

W tej sytuacji rząd Sikorskiego przeniósł się do Londynu, a wraz z nim do Wielkiej Brytanii trafili żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i kierownictwo Banku Polskiego. Oczywiste było, że z Francji należy wywieźć również złoto. 16 czerwca 1940 roku (cztery dni przed upadkiem Paryża) zaokrętowano je na francuskim krążowniku, a piecze nad nim otrzymał dyrektor Michalski z Banku Polskiego. Kotwicę podniesione następnego dnia i rozpoczął się rejs. Nie do USA, jak myśleli Polacy, ale do Casablanki, która wówczas znajdowała się na terenie francuskiego protektoratu Maroka. Później transport złota trafił do Dakaru w Sudanie Francuskim. Posiadłości kolonialne Francji w Afryce znajdowały się pod kontrolą rządu Vichy, toteż polskie złoto zostało przez kolaborujące z Niemcami władze zatrzymane. Rząd RP w Londynie protestował, ale bez skutki; złoto wywieziono tymczasem do fortu Kayes (dzisiejsze Mali). Formą nacisku na Państwo Francuskie w sprawie zwrotu kruszcu Polsce był wyrok sądu w USA, który – na poczet roszczeń polskiego rządu – zablokował depozyty należące do Francji złożone w Banku Rezerw Federalnych. Dlatego też gen. Charles de Gaulle, lider „Wolnych Francuzów”, zapowiedział, że złoto zostanie Rzeczypospolitej zwrócone, gdy tylko „Wolna Francja” i wojska anglo-amerykańskie uzyskają kontrolę nad francuskimi koloniami. Stało się tak w 1944 roku; złoto Banku Polskiego przewieziono wtedy drogą morska do Londynu, Nowego Jorku i Ottawy w Kanadzie, gdzie doczekało końca wojny.

Nie zobaczyło wolnej Polski

Nie doczekało jednak wolnej Polski, której odbudowę miało sfinansować (dlatego też rząd londyński nie wykorzystywał tych środków np. do finansowania PSZ w trakcie działań wojennych, a opierał się na alianckich kredytach, chociaż część złota zdeponowanego w Kanadzie ostatecznie sprzedano, aby zapewnić gabinetowi działalność). Władzę w kraju przejęli komuniści z PKWN. Powołali do życia Narodowy Bank Polski, czyli bank centralny „konkurencyjny” wobec Banku Polskiego wciąż wiernego rządowi RP na uchodźstwie (który w międzyczasie stracił poparcie aliantów zachodnich). Zachód uznał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej, a ten domagał się zwrotu złota. Brytyjczycy początkowo wykorzystywali sztabki zdeponowane w Londynie jako formę nacisku na TRJN, aby przeprowadzić w Polsce wolne wybory. Ostatecznie jednak złoto zostało przejęte przez władze komunistyczne, które na początku wcale nie zamierzały wycofywać go z zachodnich banków. Nastąpiło to dopiero w 1951 roku, gdy formalnie zlikwidowano Bank Polski. Historycy do dziś nie są pewni, na co w stalinowskim PRL poszły środki uzyskane przez przejęcie przedwojennego złota.

W trakcie wojny Bank Polski w Londynie (korzystający z pomieszczeń w siedzibie Bank of England w londyńskim City) nie próżnował. Nie tylko robił wszystko, aby najpierw zabezpieczyć, a później odzyskać złoto, ale też jego przedstawiciele brali udział w planowaniu odbudowy kraju po wyzwoleniu spod niemieckiej i rosyjskiej okupacji. Bank Polski kredytował też działalność rządu i Polskich Sił Zbrojnych, chociaż w tej materii był jedynie wsparciem dla Brytyjczyków ponoszących gros kosztów.

banknot 20 zł z 1939 r.

Banknot 20 zł z 1939 roku. Opracowany we Francji i wydrukowany w USA miał wejść do obiegu po wyzwoleniu Polski. Reprint z kolekcji „Gazety Wyborczej”, skan własny.

Smutny los nowych banknotów

Najciekawszy, a wciąż mało znany aspekt wojennej działalności Banku Polskiego to przygotowywanie nowych banknotów złotowych, które do obiegu miały trafić po wojnie. Prace nad nimi ruszyły już pod koniec 1939 roku, a na wzorach banknotów umieszczono datę emisji 15 i 20 sierpnia 1939, aby podkreślić ciągłość państwowości. Banknoty zostały zaprojektowane przez francuskich artystów, którzy wzorowali się na grafikach z publikacji encyklopedycznych o Polsce, bo żaden z nich nigdy nad Wisłę nie zawitał. Projekt wykonano we Francji, ale druk odbywał się w Wielkiej Brytanii i USA (na nominale 20 zł widać nawet nazwę drukarni: The American Bank Note Company). Opracowano nominały 1, 2, 5, 10, 20, 50, 100 i 500 zł.

banknot 20 zł z 1939 reprint

Francuscy projektanci wynajęci przez Bank Polski nigdy nie byli w Polsce, więc w trakcie prac korzystali z publikacji encyklopedycznych. Skan własny reprintu z kolekcji „Gazety Wyborczej”

Łączna wartość wydrukowanych banknotów oscylowała wokół kwoty 7 mld zł. Do Polski trafiły w 1947 roku, ale nie zdecydowano się na wprowadzenie ich do obiegu, gdyż były zbyt burżuazyjne w formie, a ponadto zawierały niewłaściwą z punktu widzenia komunistów nazwę banku centralnego. Dlatego też prawie wszystkie (za wyjątkiem kilku tysięcy przeznaczonych dla kolekcjonerów) poszły na przemiał w 1951 roku, gdy likwidowano Bank Polski. Ich zniszczenie można więc uznać za symbol końca istnienia instytucji bankowej działającej w tej Polsce, której wówczas już dawno nie istniała.

Podobne wpisy